|
Słyszę podobne stwierdzenie bardzo często i to z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze „trudna przeszłość” bądź „trauma”, według statystyk, dotyczy aż 80% społeczeństwa. A po drugie to nasza ulubiona wymówka…
„… bo ja mam trudną przeszłość…”
Wybacz, ale co z tego? Też mam za sobą traumatyczne doświadczenia i jakoś nie czuję się z tego powodu uprawniona do czynienia krzywd innym lub do bycia ofiarą i człowiekiem przegranym…
Ciągle zastanawiam się z jakiego powodu pozwalamy „traumie” i „trudnej przeszłości”, która się już przecież skończyła sterować naszym życiem w teraźniejszości i mieć zasadniczy wpływ na naszą przyszłości? Moim zdaniem, żyjąc złymi wspomnieniami i złymi emocjami sami sobie szkodzimy. Być może nawet bardziej niż krzywdząca nas kiedyś osoba czy tragiczne wydarzenie.
Dlaczego sobie to robimy? Jest pewnie mnóstwo powodów…. Wymienię tylko jeden, ale bardzo niewygodny. Cierpimy bo mamy zyski z cierpienia. Tak, cierpienie nam się zwyczajnie opłaca – to idealna wymówka, by się nie wysilać – bo bycie dobrym człowiekiem czy człowiekiem sukcesu to ogromny wysiłek. Zatem gdy zwycięża lenistwo i strach to wymówka „trudne dzieciństwo” jest idealnym rozgrzeszeniem. Dodatkowo nasze porażki i postawę życiowego przegranego wzmacnia otoczeni. Jak jesteśmy smutni i jest nam źle to wszyscy się nami interesują, głaszczą nas po główce, dogadzają nam i robią za nas nieprzyjemne rzeczy… I jak tu chcieć być szczęśliwym?
Sama tego doświadczyłam… Znam dwie strony medalu.
Dziś okropnie wstyd mi się do tego przyznać, ale kilka lat temu byłam żałosną „depresantką” – wiecznie niezadowoloną i nieszczęśliwą. Wtedy oczywiście uważałam, że to takie „głębokie”, że moja „hybryda w głowie zjadająca mój mózg” (tak wtedy nazywałam zwykłe lenistwo) czyni mnie kimś wyjątkowym i wzniosłym… Och, miałam jeszcze inne dziwne teksty, np „po co mam coś robić i malować piękny obraz światłem (to było o życiu) skoro ktoś nagle przyjdzie o wyłączy to światło i nie zostanie nic” (to o śmierci) Robiłam też sceny np. topienia się w stawie (teraz wiem, że było to tylko przedstawienie mające na celu zwrócenie uwagi innych na moją osobę, choć wtedy oczywiście tak o tym nie myślałam i rzuciłam się do wody w przypływie jakiejś wielkiej rozpaczy – choć dziś już nawet nie pamiętam jakiej…) Staw okazał się płytki, a ja z pewnością nie chciałam się zabić, więc szybko stanęłam na nogach. Stałam tam cała mokra i zapłakana. Wtedy do mnie dotarło – Nie byłam „wzniosła” byłam żałosna….
Od tamtej pory postanowiłam, że „koniec z tym – będę nad sobą pracować.” Teraz chcę, aby ludzie ze mną byli nie z powodu współczucia i lęku o mnie, ale dlatego, że mnie lubią i czują, że mogę wnieść w ich życie coś wartościowego. Chcę czuć, że mogę coś dać. Ale żeby coś dać, trzeba coś mieć. Dlatego nieustannie staram się być coraz lepsza. Oczywiście mam gorsze dni i nadal czasem robię głupie „fochy”. Nie o to jednak chodzi ,by nie upadać, ale by szybko wstać. I faktycznie gdy się potknę, dość szybko zbieram się z ziemi i pomagam nawet wstawać innym(o ile oczywiście chcą tej pomocy).
Powiem więc szczerze – bycie żałosnym było wygodne… Jednak obecnie przekładam uczucie godności osobistej ponad wygodę i dzień za dniem pracuję nad tym by być wartościowym człowiekiem…
A jak to jest z tej drugiej strony? Obecnie jestem szczęśliwa, pomimo ciężkiej sytuacji życiowej i niesprzyjających okoliczności. Nie mam już histerycznych fochów i napadów depresji, spodziewałam się więc lepszego odbioru przez otoczenie. Nic z tego, raczej dostaję „po głowie…” Niestety, bardzo wiele osób nie akceptuje mojego spojrzenia na życie. Uznają, że nie pasuję do nich skoro nie chce z nimi narzekać, głaskać ich po głowie i wspólnie biadolić… „Jesteś zupełnie nie wrażliwa, bez uczuć, bez serca…” – słyszę gdy zadam choćby jedno trudne pytanie w stylu. „a zastanawiałaś się choćby przez sekundę nad tym dlaczego mógł cie zdradzić?”
Oczywiście otacza mnie też mnóstwo cudownych osób i wszystkim im bardzo dziękuję….
Bycie szczęśliwym ma jeszcze jedną wadę. Ludzie zechcą dać Ci więcej zajęć i zrzuć na ciebie odpowiedzialność… Np. usłyszysz: „No bo ty jesteś silna, a on/ona ma słabą psychikę, więc musisz być za niego/nią odpowiedzialna i się nim/nią opiekować” Jak słyszę takie słowa , budzi się we mnie bunt: „A niby dlaczego? Ja ciężko pracuję na to co mam i z jakiego powodu mam żyć za kogoś komu się nie chce?” no i wtedy się zaczyna – „… bo Ty to jesteś zupełnie nie wrażliwa, bez uczuć, bez serca…” Cóż… Nie ma we mnie altruistycznego ascetyzmu i w cale się tego nie wstydzę. Do tego podpisuję się obiema łapkami pod stwierdzaniem Jacka Dehnela, że „…ascetyzm to potrzeba jednostek autodestrukcyjnych, z całą jego tradycją odmawiania sobie tego co przyjemne. To nie dla mnie.” Bo ja kocham życie…
A wracając do mojego zasadniczego rozważania,( dygresje mam co najmniej przydługie).
Osobie, która się ze wszystkiego tłumaczy: „bo ja mam za sobą trudną przeszłość…” powiem tylko: „Nawet jeśli masz za sobą traumę, to Ty decydujesz co z nią zrobisz bo
nasze życie kształtują nie wydarzenia, ale nasze własne przekonania na temat znaczenia tych wydarzeń.
… i do tego przytoczę historię z książki „Obudź w sobie olbrzyma” Anthonego Robbinsa
„Był zgorzkniały i okrutny, był alkoholikiem i narkomanem, który kilka razy omal się nie zabił. Dzisiaj odsiaduje dożywocie za zamordowanie w sklepie monopolowym kasjera, który „wszedł mu w paradę”. Ma dwóch synów, między którymi jest zaledwie jedenaście miesięcy różnicy. Jeden z nich „wyrósł na drugiego tatę”: był narkomanem, który żył z kradzieży i rabunków, dopóki nie trafił do więzienia za usiłowanie morderstwa. Jednak jego brat jest zupełnie inny. Wychowuje troje dzieci, czerpie olbrzymią radość z małżeństwa i wydaje się naprawdę szczęśliwy. Praca szefa regionu w jednym z największych koncernów w kraju jest dla niego zarówno wielkim wyzwaniem, jak i olbrzymią satysfakcją. Jest zdrowy, silny i nie ma problemów ani z narkotykami, ani z alkoholem.
Jak tych dwóch chłopców mogło pójść tak różnymi drogami, choć wychowali się przecież w tym samym środowisku?
Obydwu zadano to samo pytanie: „Dlaczego twoje życie potoczyło w taki właśnie sposób?” Każdy z nich, choć niezależnie od drugiego, udzielił o dziwo tej samej odpowiedzi: „A czymże innym mógłbym się stać, skoro wychowywał mnie taki, a nie inny ojciec?”
Tak często stajemy się ofiarami przekonania, że wydarzenia rządzą naszym życiem i że to środowisko ukształtowało naszą obecną postać. Nigdy nie istniało większe kłamstwo.
Nasze życie kształtują nie wydarzenia, ale nasze własne przekonania na temat znaczenia tych wydarzeń.”
Dzięki, że dotrwałaś do końca …
2 Odpowiedzi do “Bo ja mam za sobą trudną przeszłość…”
1. Magda mowi: wrzesień 22nd, 2009 godzina 13:46
Świetny artykuł, jestem w trakcie budzenia swojego olbrzyma i ten artykul sprawil ze nie poczulam sie taka samotna w moich procesach docierania do siebie.
2. Maria Tarczyńska mówi: wrzesień 24th, 2009 godzina 18:00
nie czuj się samotna i nie bój się porażek, bo właśnie nie jest istotne jak często upadasz, ale jak szybko wstajesz… Można przejść przez życie nie upadając, wystarczy pełzać – jak robaki… Kto chce być robakiem jego wybór…
|